Nie potrafię pisać o uczuciach jak poeci, może dlatego, że poetką nigdy nie byłam. Potrafię je jasno ukazać, takimi jakimi ja je widzę. Zatem usiądźcie i czytajcie.
Gdy jej nie miałeś myślałeś o niej Cud, przecież ludzie tacy nie są.
Gdy ją poznałeś pomyślałeś jest inna niż cud, przecież cuda nie mają głosu.
Gdy ją dotknąłeś zdałeś sobie sprawy że jest, cuda przecież nie istnieją.
Później było już tylko gorzej.
Gdy już myślałeś, że wszystko o niej wiesz ona napisała coś czego nie pojąłeś.
Gdy już przy niej byłeś była jak wspomnienie, o tym co kiedyś minęło.
Gdy już ją widywałeś była człowiekiem, niczym więcej jak workiem szmat
Później było już tylko gorzej.
Gdy ją kochałeś zdawałeś sobie sprawę, że wciąż czegoś jej brak
Gdy myślałeś, że już ją znasz, okazało się, że więcej wiedzą jej łzy.
Gdy przy Tobie trwała myślałeś, że oszalała, więc jednak to cud.
Później było już tylko gorzej.
Gdy wyciągałeś dłoń ona zawsze ją chwytała, nawet gdy się rozmyśliłeś.
Gdy byłeś samotny ona zawsze była obok byś mógł ją znów wezwać.
Gdy chciałeś ciszy ona zawsze ją dla Ciebie ozdabiała.
Później było tylko gorzej.
Zdałeś sobie sprawę, że ona już dawno odeszła i nie wiedziałeś czemu.
Zasypując ostatnią łopatą piachu zadumałeś się nad cudem jej istnienia.
Tak dziwna, tak nieobecna, tak rozwichrzona, tak zagubiona.
A gdy już miałeś zadać jej pytanie zdałeś sobie, że ona to znów cud.
Pewnie dlatego, dobrze uklepałeś już ziemię.
Czasami wraca na chwilę lub dwie. Jak niechciana przyjaciółka z dawnych lat.
Wtedy zamyślasz się nad nią i zdajesz sobie sprawę, że nawet gdybyś mógł spytać.
Zabrakłoby Ci języka w gębie.
Dlatego pewnie nigdy nie dowiesz się kim jest.
wtorek, 10 listopada 2009
czwartek, 22 października 2009
1994
Był rok 1994. Paul miał już dość wszystkich rozdartych kobiet, które pieprzył każdej nocy. Oczywiście nie wszystkie naraz, czasem dwie, zazwyczaj jedną. Oczywiście jak łatwo się domyśleć nie zawsze tą samą. Był człowiekiem względnie pozbawionym moralności. Mógł sobie na to pozwolić. Młody obiecujący makler z wielkimi osiągnięciami, cały świat stał przed nim otworem. Tego wieczora postanowił nie sprowadzać do swojego wypieszczonego mieszkania żadnej kobiety. Znudził go seks. Znudziły go obrazy pośladków, piersi. To wszystko już było. Nie było takiej kobiety która wiedziałaby jak sprawić by o niej nie zapomniał.
Paul przestał przypominać chłopca z małej angielskiej wsi. Przestał być nim w dniu śmierci matki. Ojciec był tyranem, Paul zdał sobie z tego sprawę dopiero kiedy się usamodzielnił. Jego ojciec zawsze chciał go od siebie uzależnić. Wzbudzał w nim poczucie winy, karmiąc go kolejnymi kłamstwami. Nie odwiedzał ojca zbyt często. Wiedział bowiem, że po każdym spotkaniu z nim będzie czuł się bardziej winny za rzeczy na które nigdy nie miał wpływu.
Tego wieczora udał się do pubu, sam i sam zamierzał z niego wyjść.
-Cześć Karl – Rzucił posępnie do barmana i usiadł na stołku – To co zwykle.
-Zły dzień?
-Jak cholera. Miałeś kiedyś wrażenie, że wszystko już widziałeś, wszystko już przeżyłeś?
-Stary na to nie wystarczy jeden drink – Barman postawił przed nim pięć kieliszków.
-Może masz rację.
-A wracając do tego co mówisz. Zawsze życie nas zaskakuje. Na pewno jest coś czego jeszcze nie widziałeś, nie przeżyłeś, nie miałeś. Nie ma takich coby wszystko mieli. W sumie jest, królowa, ona ma wszystko.
Paul siedział nad kolejnym kieliszkiem.
-Tak – Zamyślił się.
Do pubu weszła młoda kobieta. Miała lśniące czarne włosy, ciemne jak węgle oczy, ostre rysy twarzy i wydatne usta. Jej figura zdawała się być odzwierciedleniem najlepszego dzieła artysty.
-Hej Karl – Uśmiechnęła się zalotnie.
-Mgiełka, dawno cię nie było. To co zwykle?
-Tak – Usiadła przy barze i wyciągnęła złotą papierośnicę – Palisz? - Zagadnęła Paula.
-Tak, mam swoje – Wskazał na zmiętoloną paczkę papierosów na barze.
Barman postawił przed nią drinka i zajął się wycieraniem szklanek.
Zaciągnęła się papierosem i wypuściła z ust kłąb szarego dymu, Paul miał przez chwilę wrażenie jakby dym przybrał postać węża.
Zaczął ją szacować i w jego głowie na moment pojawiła się myśl aby ją przelecieć. Myśl ta szybko zniknęła gdy ta tylko spojrzała na niego. Mimo dość mocnego makijażu zdawała się być niewinna. Jej oczy zdawały się widzieć już wszystko.
-Nigdy cię tu wcześniej nie widziałem – Zagadnął.
-Być może byłeś zbyt zajęty poznawaniem uroków życia by mnie dostrzec – Zaciągnęła się i wypuściła dym w jego stronę. Po chwili wstała i wyszła do łazienki.
-Karl to jest dziwka? - Zapytał.
-No wiesz ty co? Mgiełka? Dziwką? Tu byś się pomylił. Najbardziej niezwykła kobieta jaką w życiu widziałem. Za każdym razem gdy wychodzi zapominam jak wygląda a gdy wraca zawsze jest inna. Nie wiem jak to się dzieje, ale tak jest.
-Czemu Mgiełka?
-Nie wiem czemu. Przedstawiła mi się kiedyś, słyszałem jej imię setki razy, ale gdy tu wchodzi zawsze nazywam ją tak.
Po chwili kobieta wróciła, Paul miał wrażenie, że coś się w niej zmieniło, nie wiedział jednak co.
-Mogę postawić ci drinka – Zwrócił się do kobiety o rudych włosach i zielonych oczach.
-Patrząc na twój nienagannie skrojony garnitur możesz – Powiedziała to z nutą drwiny.
Zupełnie tego nie zauważył.
-Karl podaj pani drinka
Kiedy barman przyniósł drinka Mgiełka spojrzała na Paula.
-Ty mi go podaj – Wyciągnęła do niego rękę.
Już miał to zrobić gdy nagle cofnął rękę. Nie miał pojęcia dlaczego postawił go przed nią zamiast dać jej go do ręki.
-Jak ci na imię? - Zapytał.
-Czy jeśli je poznasz coś się zmieni? - Kobieta przeczesała rude włosy.
-Pewnie nie – Westchnął.
-Nazywają mnie - W tym miejscu Paul usłyszał najbardziej niezwykłe imię, w jego oczach zakwitły łzy a serce przepełniła rozkosz, ból, miłość i zwątpienie.
-Piękne – Spojrzał w jej stronę.
Znów zdała się być inna i po raz kolejny nie wiedział co jest nie tak.
-Na mnie już pora – Wstała od baru i dopiła drinka.
Paul nie widział żeby zapaliła kolejnego papierosa, w popielniczce leżał jeden tlący się papieros ze złotej papierośnicy.
-Spotkamy się kiedyś? - Zapytał ją gdy odchodziła.
-O tak. Spotkamy na pewno – Długonoga blondynka opuściła lokal.
Paul dopił swoje kielonki, pożegnał się z Karlem i wrócił do domu. Gdy kładł się spać uświadomił sobie, że nie pamięta jak kobieta miała na imię. Pomyślał, że to dziwne. Pozostała w jego pamięci jako Mgiełka.
Kolejne tygodnie mijały spokojnie, w interesach szło mu doskonale, nie potrzebował obecności kobiet. Myślał tylko o jednej, o Mgiełce.
Siedząc w jednym z londyńskich parków dostrzegł Mgiełkę idącą z jakimś mężczyzną. Pożegnała się z nim a tamten przestał istnieć.
-Mgiełka?
-Tak? - Spojrzała na niego z uśmiechem i zalotnie przeczesała czarne krótkie włosy.
-Właściwie to chciałem cię zapytać czy spotkałabyś się ze mną.
-Ależ tak. Miałeś okazję mnie dotknąć, nie zrobiłeś tego, tylko raz w życiu mogłam ci na to pozwolić. Poznałeś moje imię, to i tak więcej niż mają ci którzy spotykają mnie zazwyczaj.
-Zatem jak rozumiem nie spotkamy się już nigdy.
-Ależ skąd ten pomysł, oczywiście że się spotkamy. Tylko wtedy nie będziesz pragnął już żadnej kobiety, żadna nie będzie pragnęła ciebie a ty... Dowiesz się wtedy czy posmakowałeś w życiu wszystkiego.
Mgiełka odeszła pozostawiając go samemu sobie.
Mijały lata Paul się starzał, nigdy nie założył rodziny. Sam właściwie nie wiedział dlaczego. Każda kobieta na tle Mgiełki zdawała się nie istnieć. Poza tym rodzina to wielka odpowiedzialność. Jego ojciec od wielu lat gryzł już ziemię gdy do jego mieszkania weszła kobieta. Od razu ją poznał. To była ona we własnej osobie.
-Mgiełka – Rzucił do niej.
Była tak samo piękna jak wtedy, on był stary i pomarszczony, na głowie zostało mu już niewiele włosów.
-Mówiłam że przyjdę do ciebie, mówiłam ci że jeszcze się spotkamy.
Usiadła przy nim i rozpięła jego koszulę. Pozwoliła mu na wszystko czego pragnął. Był zdziwiony, że jest w stanie tak wiele z siebie wykrzesać, od miesięcy mu nie stawał. Była najwspanialszą kochanką jaką miał. Poznał przy niej każde uczucie.
-Dotknąłeś mnie, zatem to koniec.
-Jak to koniec?
Na łóżku pozostało żałosne ciało mężczyzny po sześćdziesiątce, nagie, pomarszczone.
A ona wyszła z mieszkania tak samo piękna jak sto lat temu.
Paul przestał przypominać chłopca z małej angielskiej wsi. Przestał być nim w dniu śmierci matki. Ojciec był tyranem, Paul zdał sobie z tego sprawę dopiero kiedy się usamodzielnił. Jego ojciec zawsze chciał go od siebie uzależnić. Wzbudzał w nim poczucie winy, karmiąc go kolejnymi kłamstwami. Nie odwiedzał ojca zbyt często. Wiedział bowiem, że po każdym spotkaniu z nim będzie czuł się bardziej winny za rzeczy na które nigdy nie miał wpływu.
Tego wieczora udał się do pubu, sam i sam zamierzał z niego wyjść.
-Cześć Karl – Rzucił posępnie do barmana i usiadł na stołku – To co zwykle.
-Zły dzień?
-Jak cholera. Miałeś kiedyś wrażenie, że wszystko już widziałeś, wszystko już przeżyłeś?
-Stary na to nie wystarczy jeden drink – Barman postawił przed nim pięć kieliszków.
-Może masz rację.
-A wracając do tego co mówisz. Zawsze życie nas zaskakuje. Na pewno jest coś czego jeszcze nie widziałeś, nie przeżyłeś, nie miałeś. Nie ma takich coby wszystko mieli. W sumie jest, królowa, ona ma wszystko.
Paul siedział nad kolejnym kieliszkiem.
-Tak – Zamyślił się.
Do pubu weszła młoda kobieta. Miała lśniące czarne włosy, ciemne jak węgle oczy, ostre rysy twarzy i wydatne usta. Jej figura zdawała się być odzwierciedleniem najlepszego dzieła artysty.
-Hej Karl – Uśmiechnęła się zalotnie.
-Mgiełka, dawno cię nie było. To co zwykle?
-Tak – Usiadła przy barze i wyciągnęła złotą papierośnicę – Palisz? - Zagadnęła Paula.
-Tak, mam swoje – Wskazał na zmiętoloną paczkę papierosów na barze.
Barman postawił przed nią drinka i zajął się wycieraniem szklanek.
Zaciągnęła się papierosem i wypuściła z ust kłąb szarego dymu, Paul miał przez chwilę wrażenie jakby dym przybrał postać węża.
Zaczął ją szacować i w jego głowie na moment pojawiła się myśl aby ją przelecieć. Myśl ta szybko zniknęła gdy ta tylko spojrzała na niego. Mimo dość mocnego makijażu zdawała się być niewinna. Jej oczy zdawały się widzieć już wszystko.
-Nigdy cię tu wcześniej nie widziałem – Zagadnął.
-Być może byłeś zbyt zajęty poznawaniem uroków życia by mnie dostrzec – Zaciągnęła się i wypuściła dym w jego stronę. Po chwili wstała i wyszła do łazienki.
-Karl to jest dziwka? - Zapytał.
-No wiesz ty co? Mgiełka? Dziwką? Tu byś się pomylił. Najbardziej niezwykła kobieta jaką w życiu widziałem. Za każdym razem gdy wychodzi zapominam jak wygląda a gdy wraca zawsze jest inna. Nie wiem jak to się dzieje, ale tak jest.
-Czemu Mgiełka?
-Nie wiem czemu. Przedstawiła mi się kiedyś, słyszałem jej imię setki razy, ale gdy tu wchodzi zawsze nazywam ją tak.
Po chwili kobieta wróciła, Paul miał wrażenie, że coś się w niej zmieniło, nie wiedział jednak co.
-Mogę postawić ci drinka – Zwrócił się do kobiety o rudych włosach i zielonych oczach.
-Patrząc na twój nienagannie skrojony garnitur możesz – Powiedziała to z nutą drwiny.
Zupełnie tego nie zauważył.
-Karl podaj pani drinka
Kiedy barman przyniósł drinka Mgiełka spojrzała na Paula.
-Ty mi go podaj – Wyciągnęła do niego rękę.
Już miał to zrobić gdy nagle cofnął rękę. Nie miał pojęcia dlaczego postawił go przed nią zamiast dać jej go do ręki.
-Jak ci na imię? - Zapytał.
-Czy jeśli je poznasz coś się zmieni? - Kobieta przeczesała rude włosy.
-Pewnie nie – Westchnął.
-Nazywają mnie - W tym miejscu Paul usłyszał najbardziej niezwykłe imię, w jego oczach zakwitły łzy a serce przepełniła rozkosz, ból, miłość i zwątpienie.
-Piękne – Spojrzał w jej stronę.
Znów zdała się być inna i po raz kolejny nie wiedział co jest nie tak.
-Na mnie już pora – Wstała od baru i dopiła drinka.
Paul nie widział żeby zapaliła kolejnego papierosa, w popielniczce leżał jeden tlący się papieros ze złotej papierośnicy.
-Spotkamy się kiedyś? - Zapytał ją gdy odchodziła.
-O tak. Spotkamy na pewno – Długonoga blondynka opuściła lokal.
Paul dopił swoje kielonki, pożegnał się z Karlem i wrócił do domu. Gdy kładł się spać uświadomił sobie, że nie pamięta jak kobieta miała na imię. Pomyślał, że to dziwne. Pozostała w jego pamięci jako Mgiełka.
Kolejne tygodnie mijały spokojnie, w interesach szło mu doskonale, nie potrzebował obecności kobiet. Myślał tylko o jednej, o Mgiełce.
Siedząc w jednym z londyńskich parków dostrzegł Mgiełkę idącą z jakimś mężczyzną. Pożegnała się z nim a tamten przestał istnieć.
-Mgiełka?
-Tak? - Spojrzała na niego z uśmiechem i zalotnie przeczesała czarne krótkie włosy.
-Właściwie to chciałem cię zapytać czy spotkałabyś się ze mną.
-Ależ tak. Miałeś okazję mnie dotknąć, nie zrobiłeś tego, tylko raz w życiu mogłam ci na to pozwolić. Poznałeś moje imię, to i tak więcej niż mają ci którzy spotykają mnie zazwyczaj.
-Zatem jak rozumiem nie spotkamy się już nigdy.
-Ależ skąd ten pomysł, oczywiście że się spotkamy. Tylko wtedy nie będziesz pragnął już żadnej kobiety, żadna nie będzie pragnęła ciebie a ty... Dowiesz się wtedy czy posmakowałeś w życiu wszystkiego.
Mgiełka odeszła pozostawiając go samemu sobie.
Mijały lata Paul się starzał, nigdy nie założył rodziny. Sam właściwie nie wiedział dlaczego. Każda kobieta na tle Mgiełki zdawała się nie istnieć. Poza tym rodzina to wielka odpowiedzialność. Jego ojciec od wielu lat gryzł już ziemię gdy do jego mieszkania weszła kobieta. Od razu ją poznał. To była ona we własnej osobie.
-Mgiełka – Rzucił do niej.
Była tak samo piękna jak wtedy, on był stary i pomarszczony, na głowie zostało mu już niewiele włosów.
-Mówiłam że przyjdę do ciebie, mówiłam ci że jeszcze się spotkamy.
Usiadła przy nim i rozpięła jego koszulę. Pozwoliła mu na wszystko czego pragnął. Był zdziwiony, że jest w stanie tak wiele z siebie wykrzesać, od miesięcy mu nie stawał. Była najwspanialszą kochanką jaką miał. Poznał przy niej każde uczucie.
-Dotknąłeś mnie, zatem to koniec.
-Jak to koniec?
Na łóżku pozostało żałosne ciało mężczyzny po sześćdziesiątce, nagie, pomarszczone.
A ona wyszła z mieszkania tak samo piękna jak sto lat temu.
piątek, 3 kwietnia 2009
Kolejna kartka z kalendarza i skrzydło czarnej jaskółki.
Czy budziłeś się już kiedyś ze snu?
Otwierając oczy uzmysłowiłeś Sobie, że nie istniejesz.
Zerwano z Ciebie Twoje ubranie utkane z istnienia.
W tajemnicy przed Tobą samym pozbawiono Cię, Ciebie.
Szybując gdzieś ponad bytem starej Ziemi.
Rozrywany milionem ran zadanych przez tych, którym ofiarowałeś Siebie.
Przestałeś już nawet myśleć o tym kim mógłbyś być.
Zdejmujesz więc całun milczenia i wstajesz na własnych, realnych nogach.
Walczysz ze wszystkim co zabrania Ci istnienia
Wyśnisz swój sen, wraz ze Swoim światem
Twoja wiara w to że jesteś musi mieć przecież jakiś sens.
Dedykuję życiu!
Otwierając oczy uzmysłowiłeś Sobie, że nie istniejesz.
Zerwano z Ciebie Twoje ubranie utkane z istnienia.
W tajemnicy przed Tobą samym pozbawiono Cię, Ciebie.
Szybując gdzieś ponad bytem starej Ziemi.
Rozrywany milionem ran zadanych przez tych, którym ofiarowałeś Siebie.
Przestałeś już nawet myśleć o tym kim mógłbyś być.
Zdejmujesz więc całun milczenia i wstajesz na własnych, realnych nogach.
Walczysz ze wszystkim co zabrania Ci istnienia
Wyśnisz swój sen, wraz ze Swoim światem
Twoja wiara w to że jesteś musi mieć przecież jakiś sens.
Dedykuję życiu!
poniedziałek, 16 marca 2009
Kiedy ktoś pokocha tekturowa księżniczkę (Gdy mnie już ktoś pokocha)
Kiedy mnie już ktoś pokocha i oblecze mi kołderkę z własnych snów...
Przyoblekę nieba nocą jasną skroń gwiazd maleńkich całym mrowiem
Wtedy to ziemia stanie mi się obłokiem i zacznę unosić się ponad nim
Stanę ja maleńka tekturowa księżniczka na wzgórzu własnych zwątpień i zaśpiewam...
Pieśń poniesie się ponad głowami a ja będę początkiem istnienia...
Przyoblekę nieba nocą jasną skroń gwiazd maleńkich całym mrowiem
Wtedy to ziemia stanie mi się obłokiem i zacznę unosić się ponad nim
Stanę ja maleńka tekturowa księżniczka na wzgórzu własnych zwątpień i zaśpiewam...
Pieśń poniesie się ponad głowami a ja będę początkiem istnienia...
wtorek, 10 marca 2009
Dla Niej
Zasypiając marzyłam by już się nie zbudzić czułam jak Jej łzy mnie palą
Czułam jak trzepoczą wolno moje skrzydła
Jej cierpienie było moim cierpieniem
Jej złość moją złością
A miłość, miłością
Zasypiałam z nadzieją, że martwą zastanie mnie świt
I umarłam jak umierają ludzie a ze śmiercią było mi do twarzy
I ból Jej stał się wolnym bólem, łzy wolnymi łzami
A miłość pozostała miłością
Wierszydło z 2005 roku. Mam nadzieję, że się podoba i poczuliście to co chciałam byście poczuli.
Czułam jak trzepoczą wolno moje skrzydła
Jej cierpienie było moim cierpieniem
Jej złość moją złością
A miłość, miłością
Zasypiałam z nadzieją, że martwą zastanie mnie świt
I umarłam jak umierają ludzie a ze śmiercią było mi do twarzy
I ból Jej stał się wolnym bólem, łzy wolnymi łzami
A miłość pozostała miłością
Wierszydło z 2005 roku. Mam nadzieję, że się podoba i poczuliście to co chciałam byście poczuli.
czwartek, 5 lutego 2009
Tekturowa Księżniczka Śpi
I otworzyłam swoje senne oczy po raz setny tego dnia gdy skończył się świat
Światło zakuło bardziej niż zwykle jakby chciało zrobić ze mnie ślepca
Po omacku, szukając jakiejś pomocy szłam przed siebie nie trzymając wysoko głowy
A Oni już czekali z drwiną malującą się na twarzach podrzucając kamienie w dłoniach
I spadłam z góry własnej, zarozumiałej pychy, z tego miejsca gdzie wszystko się zaczęło
Wróciłam z chmur znów na ziemię choć wiem że ten bal ciągle tam trwa
I dziś nie nazbyt wczesny świt otworzy mi oczy, to mój pusty krzyk zbudzi anioły ze snu
Zadrgały wargi, zadrżała powabna pierś bo to dziś wszystko zaczęło się i skończyło
A tekturowa księżniczka spadła niestety z gwiazd, a teraz już śpi
Gdy zbudzi się ze snu, znów zatańczy słoneczny refleks na jej nagiej skórze
Mam nadzieję że się spodoba.
Światło zakuło bardziej niż zwykle jakby chciało zrobić ze mnie ślepca
Po omacku, szukając jakiejś pomocy szłam przed siebie nie trzymając wysoko głowy
A Oni już czekali z drwiną malującą się na twarzach podrzucając kamienie w dłoniach
I spadłam z góry własnej, zarozumiałej pychy, z tego miejsca gdzie wszystko się zaczęło
Wróciłam z chmur znów na ziemię choć wiem że ten bal ciągle tam trwa
I dziś nie nazbyt wczesny świt otworzy mi oczy, to mój pusty krzyk zbudzi anioły ze snu
Zadrgały wargi, zadrżała powabna pierś bo to dziś wszystko zaczęło się i skończyło
A tekturowa księżniczka spadła niestety z gwiazd, a teraz już śpi
Gdy zbudzi się ze snu, znów zatańczy słoneczny refleks na jej nagiej skórze
Mam nadzieję że się spodoba.
poniedziałek, 26 stycznia 2009
Opętańczy taniec z życiem
Trzymam Je za rękę, troszkę już zniszczoną przez upływający bezlitośnie czas. Trzymam mocno tak jak trzyma się kogoś kogo bardzo się kocha. Mówi się że pożegnania bolą, ale jakie może boleć bardziej niż to z życiem.
Kiedy uczysz się stawiać pierwsze kroki zawsze ktoś patrzy na Ciebie z góry, tylko nie Ono. Bowiem wie że już niedługo to Ty będziesz widział wszystko z góry. Kocha Cię jak matka. Może nie jest dla Ciebie tak dobre ale dzięki niemu masz możliwość pokazać wszystkim siebie i swoje talenty.
Patrzysz na siebie w lustrze i widzisz cud jego wielkości, oto Ty, Ty który żyjesz i oddychasz.
Zastanawiałeś się kiedyś choć przez moment jakim byłby świat bez Ciebie? O ile byłby uboższy bez Twojego uśmiechu i marnej sztuki?
Złap Je za rękę i zatańcz opętańczy taniec. Pozwól aby Cię prowadziło jak uczniaka. Niech ukaże Ci wszystkie te smaki których nie znasz i wszystkie te kolory których nigdy nie widziałeś. Zakochaj się w nim...Bez niego jesteś nikim...
Kiedy uczysz się stawiać pierwsze kroki zawsze ktoś patrzy na Ciebie z góry, tylko nie Ono. Bowiem wie że już niedługo to Ty będziesz widział wszystko z góry. Kocha Cię jak matka. Może nie jest dla Ciebie tak dobre ale dzięki niemu masz możliwość pokazać wszystkim siebie i swoje talenty.
Patrzysz na siebie w lustrze i widzisz cud jego wielkości, oto Ty, Ty który żyjesz i oddychasz.
Zastanawiałeś się kiedyś choć przez moment jakim byłby świat bez Ciebie? O ile byłby uboższy bez Twojego uśmiechu i marnej sztuki?
Złap Je za rękę i zatańcz opętańczy taniec. Pozwól aby Cię prowadziło jak uczniaka. Niech ukaże Ci wszystkie te smaki których nie znasz i wszystkie te kolory których nigdy nie widziałeś. Zakochaj się w nim...Bez niego jesteś nikim...
Subskrybuj:
Posty (Atom)
